Cmentarz św. Franciszka na Emaus, jest jedną z ciekawszych gdańskich nekropolii. Wyróżnia się zachowanym starodrzewem oraz zabytkowymi nagrobkami, które można bez problemu odnaleźć pomiędzy nowymi pomnikami. Jednak najciekawszymi obiektami są tu bez wątpienia rzeźby uratowane ze zlikwidowanych cmentarzy przy Wielkiej Alei...

Nie trafiły tu przez przypadek. Trzy figury, starannie zakomponowanie w przestrzeń cmentarza, znalazły się tu dzięki staraniom, wieloletniego dozorcy obiektu . Jan Rohde, gdańszczanin o ciekawej, złożonej biografii pracował na cmentarzu św. Franciszka blisko 40 lat.

Urodził się 7 marca 1926 pod Wejherowem. Gdy miał kilka miesięcy jego rodzice przeprowadzili się do Gdańska, gdzie mieszkali liczni krewni. Zamieszkali przy ulicy Traugutta, w bliskim sąsiedztwie krematorium, w trzypiętrowym domu. Teodor i Waleria Rohde oprócz Jana mieli jeszcze jednego syna, Pawła. Później w Gdańsku urodzili się jeszcze Hildegarda w 1928 roku oraz, już w czasie II wojny światowej, Erwin.

Teodor pracował jako urzędnik a Waleria zajmowała się domem. Rodzinie pomagała ciotka, mieszkająca także przy ulicy Traugutta. Paweł i Jan zostali posłani do pobliskiej katolickiej szkoły dla chłopców przy ulicy Smoluchowskiego.

Problemy rodziny zaczęły się w 1933 roku. Teodor nie mógł uzyskać obywatelstwa gdańskiego. Jego rodzinie, ponieważ osiedliła się w Gdańsku po 1920 r., groziło wysiedlenie z obszaru Wolnego Miasta.

Teodor, służący w armii Hallera, zapisał się do Związku Polaków, przez to jego synowie musieli przenieść się do szkoły polskiej. Dla dzieci Teodora był to duży problem, w domu nie mówiło się po polsku. Jan, nie znający języka, powtarzał IV klasę trzy razy, aż do 1939 roku, kiedy to ze względu na likwidację szkoły wrócił do placówki z wykładowym niemieckim. W 1940 roku został jednak wypisany ze szkoły. Musiał podjąć pracę, bo obowiązujące przepisy nakazywały przepracowanie co najmniej roku w rolnictwie. Jan zatrudnił się u znajomego rodziny, ogrodnika, który opiekował się katolickim cmentarzem św. Mikołaja przy Wielkiej Alei.

Młody pomocnik ogrodnika codziennie mijał znajdującą się na cmentarzu figurę Matki Boskiej. Po roku pracy, Jan zatrudnił się jako kelner w restauracji w Kamienicy Schumannów przy ulicy Długiej 45. Wkrótce spotkany na ulicy kuzyn namówił młodego kelnera do zaciągnięcia się do pracy w służbie przeciwlotniczej, gdzie sam pracował jako goniec. Jan został przyjęty także na stanowisko gońca, otrzymał mundur przypominający lotniczy, z białą opaską oznaczoną literą M (od Meldung). Doręczał meldunki z posterunku obserwacji przestrzeni powietrznej, mieszczącego się w restauracji Zinglers-Höhe. Restauracja znajdująca się na szczycie jednego ze wzgórz otaczających Jaśkową Dolinę idealnie nadawała się do obserwacji nieba nad tą częścią miasta.

Na frontach II wojny

Niemiecki mundur nie mógł się spodobać ojcu. Choć praca w charakterze gońca podobała się bardzo Janowi, zrezygnował z niej. Zatrudnił się następnie w hurtowni spożywczej we Wrzeszczu. Przepracował w niej kilka miesięcy, kiedy to nadeszło wezwanie do wojska. Jan został wcielony do Wermachtu i wysłany do Francji. Próbował zdezerterować, uciekł do lasu. Przyłączył się do niego Jugosłowianin, razem zostali schwytani przez oddział SS. Uniknęli rozstrzelania, ale zostali wysłani na front do Włoch. Tam, początkowo na północy kraju, zajmował się aprowizacją armii, pilnował stad owiec i bydła, które miały być transportowane do Rzeszy. Szlaki aprowizacyjne, wzdłuż granic ze Szwajcarią, przemierzał na mułach, którymi dostarczano opał i żywność.

Przeniesiony został następnie w okolice Bolonii, gdzie przeżył naloty alianckie. Ze zniszczonego miasteczka szczególnie utkwiły mu w pamięci czołgi, stojące w zrujnowanych domach, które ze względu na brak paliwa nie mogły być użyte.

Gdy zbliżała się armia amerykańska, Jan z kilkoma kolegami poprosili zaprzyjaźnionego Włocha, by ten przekazał dowódcy, że jest tu dużo Polaków, przeważnie Ślązacy, którzy chcą iść do niewoli.

Jeńcy zostali podzieleni według stopni i narodowości, w oddziale służyli bowiem, oprócz Polaków, także liczni obywatele Jugosławii i Czech. W niewoli był dobrze traktowany. Każdy więzień dostał puszkę prowiantem: grochówką, fasolą z mięsem, ciasteczkami, czekoladkami i trzema papierosami. Jeden z żołnierzy US Army, pochodzenia polskiego, poinformował Polaków służących w armii Rzeszy, że prowadzona jest rekrutacja do Polskich Sił Zbrojnych. Jan Rohde i jego koledzy z oddziału wstąpili do II Korpusu Polskiego.

Sądzili, że po zdobyciu Włoch zostaną wysłani do Japonii. Po bezwarunkowej kapitulacji cesarstwa Jan Rohde wraz z siłami polskimi trafił jednak do Wielkiej Brytanii, gdzie korpus rozwiązano w 1947 roku.

Jan wahał się, co robić dalej. Myślał o tym, by wyjechać do Argentyny. Pisał listy do rodziny do Gdańska, ale nie otrzymywał odpowiedzi, myślał, że nie ma po co wracać, wiedział jak jego rodzinne miasto ucierpiało w 1945 roku.

Listy nie trafiały do rodziny, gdyż były zaadresowane na adres Michelweg, tymczasem w Gdańsku obowiązywały już nazwy polskie. Szczęśliwie na jeden z listów, który dotarły na ulicę Traugutta, Jan otrzymał odpowiedź. Postanowił wrócić do rodzinnego miasta. Jego brat pozostał w Anglii.

W Gdańsku Jan przekonał się, że dom, w którym się wychował, nadal stoi, ale z trzypiętrowej kamienicy, podpalonej przez sowietów, pozostał tylko parter. Matka i siostra zdążyły uciec do lasu, Teodora sowieci aresztowali, miał zostać zesłany na Syberię, zbiegł jednak z transportu. Jeszcze w 1941 roku zmarł na zapalenie płuc, ponieważ rodzinie brakowało pieniędzy na leczenie, mały Erwin. Najmłodszego syna Waleria pochowała na nowym cmentarzu św. Józefa i Brygidy, przy obecnej ulicy Giełguda.

Żona poznana na cmentarzu

Rodzina Rohde, jako podejrzana narodowo, miała problemy w nowym państwie polskim. Przede wszystkim Jan miał problem ze zdobyciem obywatelstwa polskiego, co wiązało się z trudnościami przy zatrudnieniu. Początkowo mógł znaleźć tylko dorywczą pracę. W tym czasie Teodor dostał pracę jako zarządca Cmentarza Garnizonowego, rodzina Rohde zamieszkała w domku dozorcy na terenie nekropolii.

Jan pomagał ojcu przy pracy, rodzina Rohde cieszyła się sympatią Edwarda Mahlera, kierownika Centralnego Zarządu Cmentarzy Miejskich. W 1950 roku przeszedł na emeryturę Busch, opiekun cmentarza św. Franciszka na Emaus. Jan Rohde został jego następcą. Początkowo mieszkał na Biskupiej Górce i do pracy dojeżdżał. Po śmierci Buscha w 1952 r. zamieszkał na poddaszu domu przy ulicy Kartuskiej 234, w bezpośrednim sąsiedztwie cmentarza.

Jan zmienił już wtedy stan cywilny. Pomagając ojcu w utrzymaniu Cmentarza Garnizonowego poznał, klęczącą przy grobie przedwcześnie zmarłej matki, młodziutką Annę Liczmańską. Nagrobek Marty Liczmańskiej, matki Anny, wykonany przez Jana Rhode, stoi nadal na Cmentarzu Garnizonowym.

Wkrótce wzięli ślub, Anna urodziła czterech synów i zajmowała się ich wychowaniem. Jan tymczasem pracował, utrzymując w porządku nekropolię. Do jego obowiązków należało dbanie o czystość cmentarza, przygotowanie miejsca pod pochówek, prowadzenie ksiąg zmarłych. W razie potrzeby pomagał też na innych cmentarzach, co często się zdarzało. Edward Mahler, nie miał wielu pracowników a CZCM zajmował się innymi obiektami. Po wojnie trzeba było przeprowadzić akcje ekshumacyjną na terenie całego miasta, zająć się zniszczonymi cmentarzami. (...)

Pracownikiem CZCM był przez pewien czas także przyjaciel Jana z dzieciństwa Bolesław Dysarz, który prowadził ogrodnictwo przy nieistniejącym już cmentarzu św. Barbary na Siedlcach. Bolesław, więzień Stutthofu, po powrocie do Gdańska, odwiedził dom rodziny Rohde. W domu przy Michelweg, z dzieci Teodora i Walerii, po wyjeździe Pawła i Jana oraz śmierci Erwina, przebywała tylko Hildegrada, z którą Bolesław wkrótce, za nim jeszcze jej brat wrócił z Anglii, ożenił się.

Uratowane dzieła sztuki

Jan miał dużo obowiązków służbowych i rodzinnych, dbał jednak o cmentarz św. Franciszka w sposób szczególny. Ustawił na swoim cmentarzu, ratując w ten sposób przed zniszczeniem, kilka rzeźb z likwidowanych i zamykanych nekropolii. Za każdym razem prosił kierownika Edwarda Mahlera o pozwolenie. Kierownik, życzliwie nastawiony, nie robił żadnych problemów. Jan musiał wszakże pokryć koszty transportu. Rzeźby były na tyle ciężkie, że potrzebny był mały dźwig.

W centralnej części cmentarza stanęła, przeniesiona ze starej nekropolii św. Józefa i św. Brygidy (obecnie stanowiącego cześć Parku Akademickiego przy alei Zwycięstwa) rzeźba Chrystusa. Figura jest kopią słynnego dzieła Bertela Thorvaldsena. Thorvaldsen rzeźbę ukończył w 1821, stanęła w katedrze Marii Panny w Kopenhadze. Uznana za jedno z najdoskonalszych przedstawień Jezusa w dziejach historii sztuki, była często i chętnie kopiowana, stąd dzieło duńskiego artysty znane jest na obu półkulach. Thorvaldsen przedstawił Jezusa jako młodego herosa, zgodnie z klasycystycznym kanonem piękna. Triumfujący Chrystus, okryty antyczną szatą, błogosławi swych wiernych. Kopie rzeźby, różnej wielkości, wykonane z różnych materiałów, stoją na placach, w kościołach oraz na cmentarzach. W Polsce Thorvaldsen, który obok Canovy jest najsłynniejszym rzeźbiarzem klasycystycznym, jest bardziej znany jako autor dwóch warszawskich pomników: Mikołaja Kopernika i księcia Józefa Poniatowskiego.

Drugą rzeźbę, którą Jan Rohde pozyskał na swój cmentarz była figura Matki Boskiej. Marmurowa rzeźba przedstawia Marię w postaci, która objawiła się w 1858 roku w Lourdes Bernadette Soubirous. Francuzka ujrzała piękną kobiecą postać, ubraną w białe, powłóczyste szaty, przepasaną niebieską szarfą, u jej stóp leżały żółte róże, w splecionych dłoniach trzymała różaniec.

W 1864 Joseph-Hugues Fabisch, wykonał, nie do końca zgodną z wizją Bernadette, rzeźbę, którą umieszczono w grocie Massabielle. Figura gdańska nawiązuje właśnie do tej rzeźby, nieznany artysta odkuł w marmurze postać Marii, ubraną w długie powłóczyste szaty, stojącą na skałach, w dłoniach trzyma różaniec a u jej stóp leżą róże. Rzeźba stała na cmentarzu św. Mikołaja, Jan pamiętał ją z okresu, gdy w roku 1940 pracował jako pomocnik ogrodnika i po zamknięciu obiektu przeniósł ją na swój cmentarz, ustawiając w malowniczym miejscu, na stoku wzgórza, po wschodniej stronie od alei głównej.

Dwa wymienione obiekty pozyskane zostały z likwidowanych katolickich cmentarzy. Trzeci wydaję się najciekawszy. Jan zobaczył go w lapidarium przy Cmentarzu Centralnym. Z likwidowanych cmentarzy pomniki nagrobne, jako materiał, który można było ponownie wykorzystać, były przewożone do lapidarium na Srebrzysku. Stamtąd dysponowano nimi dalej. Cenniejsze, wykonane z marmuru bądź granitu, po zeszlifowaniu trafiały ponownie do sprzedaży jako nagrobki. Te wykonane z materiałów mniej szlachetnych - np. sztucznego kamienia, zostawały wykorzystywane jako materiał budowlany, brukowano nimi ulice, wykładano jako płyty chodnikowe, wykonywano z nich elementy małej architektury. Wśród, różnych elementów w lapidarium wyróżniała się rzeźba płaczki, żałobnicy. Wysokiej klasy obiekt na tyle spodobał się dozorcy, że postanowił ją także pozyskać. Obecnie stoi na najwyższym tarasie cmentarza.

W 1959 roku zmarła przedwcześnie Anna, osierocając czterech synów. Jan, któremu było szczególnie ciężko zajmować się cmentarzem, a do jego obowiązków należało oprócz pilnowania czystości, przygotowania miejsc pod pochówki także prowadzenie ksiąg zmarłych i pilnowanie dzieci, ożenił się ponownie. Jadwiga urodziła dwie córki, niestety kilka lat temu zmarła. Obecnie pan Jan, który przeszedł na emeryturę w 1986 roku nadal mieszka, wraz z córką Beatą, przy cmentarzu św. Franciszka, gdzie chętnie zagląda.

Z licznych przedwojennych cmentarzy gdańskich wiele nie pozostało, najwięcej reliktów przeszłości zachowało się na Cmentarzu Garnizonowym oraz Oliwskim. Pojedyncze nagrobki oraz kaplice odnaleźć można także na cmentarzu św. Jadwigi oraz na Krakowcu. Tym bardziej trzeba docenić, czyn Jan Rohde, który z własnej inicjatywy, w okresie, kiedy niszczono obiekty sztuki sepulkralnej, uratował trzy cenne rzeźby.

Klaudiusz Grabowski

Tekst ukazał się w Gazecie Wyborczej w 2015 roku